Przejdź do głównej zawartości

POKONAĆ LĘK-PIERWSZY START PO PRZERWIE-ALE 10 KM RUN 17 KWIETNIA 2016


"I po najdłuższej nocy świt nastanie"- William Shakespeare

Ostatni mój start miał miejsce w styczniu. Pomiędzy pierwszą kontuzją ,a drugą. 5 km City Trail totalnie bez formy, z kosmiczną zadyszką i bólem. Nie ma czego wspominać. Potem przerwa, leczenie i nauka biegania od nowa. Dokładnie 14 marca w dniu moich urodzin podjęłam pierwszą próbę wprowadzenia ciała w ruch , który miał przypominać bieganie, ale bardziej przypominał zawody paraolimpijskie:)  Na szczęście w moich nieudolnych próbach biegania towarzyszyli mi bliscy znajomi i przyjaciele więc było mi łatwiej. Biegałam,a raczej kulałam 2 razy w tygodniu. Stopniowo zwiększałam kilometraż-proszę mnie nie zrozumieć opacznie bo polegało to tylko  na tym ,że z 4 km poprawiałam do 5 itd :) Było coraz lepiej. Tydzień przed Ale 10 km run-towarzyszącą maratonowi DOZ dychą przebiegłam wreszcie dystans 10 km bez bólu i podjęłam decyzję o wzięciu w niej udziału. Tak bardzo chciałam poczuć atmosferę zawodów, stanąć na starcie, przypiąć numer startowy do koszulki, spotkać znajomych  i  krótko mówiąc wziąć udział w tym co w bieganiu uwielbiam najbardziej. Zapisałam się, opłaciłam i klamka zapadła. Cztery dni przed startem zrobiłam pierwszy interwałowy trening po kontuzji. Noga podawała, bólu nie było, uciecha z szybkiego biegania była wprost  nie do opisania i naładowana pozytywnie oczekiwałam  z niecierpliwością na dzień 17 kwietnia. Co czułam czekając na TEN dzień? Pierwszy start po długim czasie? Bez formy? Radość i jednocześnie lęk. Lęk przed bólem,że się odezwie, wróci i znowu mnie powali. Fakt ,że  nie mogę się ścigać był mi nawet na rękę. Zero presji. Komfortowa sytuacja. O zrobieniu życiówki jeszcze długi czas nie mam co marzyć, nieprędko uda mi się zejść poniżej 43'22 o ile kiedykolwiek będzie to możliwe. Miałam po prostu przebiec spokojnym tempem.
W niedzielę rano w dniu zawodów świat  wstał skąpany w promieniach słonecznych. W powietrzu czuło się wakacje i powiew lata. Wymarzona pogoda jak dla mnie do biegania. Cała grupą udaliśmy się wspólnie pod Atlas Arenę. Jej widok, tłumy biegaczy i  muzyka w tle spowodowało u mnie silne  wzruszenie. Tak bardzo mi tego brakowało! Tak tęskniłam i tak długo czekałam na ten dzień kiedy będę mogła znowu  pooddychać tą atmosferą!  Stres był i adrenalina wzrastała z każdą minutą. Dzień przed biegiem  zapytana jak chcę pobiec szczerze odpowiedziałam,że marzy mi się poniżej 50 minut. Tylko tak,żeby była czwórka z przodu:) Nie byłam jednak pewna czy dam radę kondycyjnie, no i przede wszystkim co na to "powie" moja noga bądź co innego. Problem zdrowotny  z jakim się jeszcze  zmagam o tyle jest specyficzny,że ból potrafi odezwać się w różnych miejscach i o ile w niektórych nie wpływa on  na zakres ruchu o tyle w innych mocno go ogranicza. Nie jestem jeszcze zdrowa w 100 procentach i  stąd moje obawy.
Przed startem jak zawsze znajomi, selfie , wzajemne wsparcie, zwłaszcza dla tych co startowali w maratonie, kolejka do toi toi-a, krótka ,symboliczna  rozgrzewka i kierunek start. Stanęłam w blokach startowych w tłumie ludzi,a serce waliło mi jak młot! Odliczanie, wystrzał startera i zaczęło się!!!
Zaczęłam spokojnie. Zanim zresztą zaczęłam biec trochę musiało się rozluźnić.


 Pierwszy kilometr z górki. Biegnę jak zawsze po swojemu. Nie mam zegarka, słucham swojego organizmu. Oddech wyrównany, noga się kręci, wszystko jest ok. Drugi kilometr podbieg. Sytuacja pod kontrolą. Zaczynam wyprzedzać. Biegnie się cudownie, chwilami odnoszę wrażenie że płynę, uśmiecham się do kibiców i staram się nacieszyć samym faktem,że jestem tutaj i biegnę z kilkutysięcznym tłumem .Nic nie boli. Na ok 4 kilometrze pytam się znajomego w jakim tempie biegnę.4'40 na oko. Wiadomość świetna.  Korci mnie żeby podkręcić ,ale boję się. Zostało niecałe 6 kilometrów, Sporo. A jak pojawi się ból?  Po co kusić los, a poza tym przecież mogę chociaż raz cieszyć się dychą bez uczucia umierania całą trasę. Siódmy kilometr -czuję zmęczenie, ale przyjemne Jest gorąco,ale mi to nie przeszkadza. Kilometry zlatują nie wiadomo kiedy. Na Krzemienieckiej słyszę głośny doping kolegi w tłumie i informację,że do końca tylko jeden kilometr. No dobra, to podkręcam, 500 metrów, zadyszka, 300 metrów zaczynam "umierać". Specjalnie podkręciłam ,żeby przypomnieć sobie to uczucie wychodzenia ze swojej strefy komfortu. Na szczęście niedługo ono trwa, bo wpadam na metę na Atlas Arenę. Odzywają się wspomnienia z finiszu maratońskiego sprzed roku ,a  na zegarze czas poniżej 48 minut brutto. Szczęśliwa i wzruszona z medalem na szyi-pierwszym od czterech miesięcy szukam znajomych. Po niedługim czasie dostaję sms-a z informacją o wyniku 45'49 i 3 miejsce w kategorii wiekowej. Nie wierzę!!! Pokazuję na wszelki wypadek sms-a koledze, bo mam wrażenie,że z tego nadmiaru endorfin mogło mi się zaburzyć prawidłowe widzenie:))) Jak to możliwe? To ja jeszcze potrafię szybko biegać? I do tego pudło w kategorii? No takiego  scenariusza się nie spodziewałam!    Nie ma pomyłki! Jest za to uczucie niewyobrażalnego szczęścia i satysfakcja,że coś jeszcze ze mnie zostało. Jakieś  szczątki dawnej formy! I wiara,że WRACAM ! Powoli,ale WRACAM!

 Piszę tę relację dnia następnego. Uczucie euforii ciągle trwa, noga co prawda  dała znać o sobie ale niezbyt inwazyjnie. Zresztą wczoraj po biegu jeszcze kilka godzin kibicowaliśmy maratończykom,więc nie jestem zdziwiona, że pojawiły się dolegliwości. A zresztą WARTO BYŁO! To był pierwszy szczęśliwy dzień od wielu miesięcy. Czuję się przywrócona do życia i jeszcze raz dziękuję przyjaciołom i  wszystkim bliskim i dalszym znajomym za każde choćby jedyne słowo wsparcia w tym ciężkim okresie kontuzji i zwątpienia. Za wiarę we mnie i w to,że będę biegać i nie muszę szukać innej pasji  odpowiedniej dla takiej osoby jak ja czyli K-40 jak  sugerowali co poniektórzy dając mi do zrozumienia,że najwyższy czas znaleźć inne sposoby na "super moc":) Kończąc : mam nadzieje,że jeszcze niejeden bieg przede mną !!!



Komentarze